::księga gości::

2007
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
Mat / You have one new message in your inbox
Gruby odpisał szybciej niż myślałem. To tak jakby dróżnik się nagle obudził w swojej budce po miesiącu chlania bimbru i podniósł szlaban. A ja stoję przed torami, nie wiem jak się wrzuca jedynkę…

Beznamiętny wieczór u Somalijczyków. Kolejne gry pozorów i wrzucanie funtów w nicość. Kolejne godziny spędzone na niczym. Gadu-gadu, i słuchanie rmf przez sieć. Otwieram skrzynkę, a tam niespodzianka. „You have one new message in your inbox”.

„Panie kolego, próbować trzeba, choć szczerze przyznam, że o zostaniu dziennikarzem sportowym myślą dziś tysiące rowieśników i trzeba mieć, oprócz zadatków, także mnóstwo szczęścia i cierpliwości.
Akurat będę cały przyszły tydzień w Londynie, sporo będę jeździł metrem, więc może mnie pan nawet spotka. Będę też na trzech meczach Premiership - świat jest mały.
Niech pan podeśle jakiś tekst, byle nie o banałach, błagam - zobaczę czy z tą grafomanią ma pan racje, czy nie... Pozdrawiam. Aha, niech pan mi napisze jaka jest pogoda...”
Aleks Wolski


Patrzę na to. Zamykam. Otwieram. Zamykam. Otwieram. Rozglądam się dookoła, czy ktoś nie zrobił mi żartu. Po lewej ręce siedzą młodzi Anglicy i całują się tak, że ślina skapuje im po brodach. Yusuf patrzy tępo w monitor i coś mruczy pod nosem. Mały i Kaprawy zniknęli. Robi mi się gorąco. Wychodzę na deszcz, łapię głęboki oddech i pędzę na drugą stronę ulicy, w bramę, walę do drzwi, wbiegam po schodach i coś tam zasapany paplam do Wiktora.

london-is-calling 2007-06-09 12:14:44
skomentuj (18)
Mat / Melon
Nigdy nie wiesz, kogo zwariowany świat rzuci na twoją drogę. Ja i Wiktor spotykamy Melona.

Melon nosi czerwoną czapeczkę i wygląda jak krzyżówka tego bardziej gapowatego bohatera czeskiej bajki „Sąsiedzi” z jakimś pseudo-rockowym gitarzystą, który nigdy nie wyszedł z muzyką poza garaż. A raczej autoparodią obu tych postaci.
Melon mówi do nas „serca”. Hmmm, jak na 33-letniego gościa to dziwne, ale przyzwyczajam się. Tak gdzieś po dziesiątym „sercu”. Melon był w Polsce elektrykiem.
- Ale strasznie bałem się prądu – powiedział pewnego razu. Pomyślałem wtedy, że nie tylko ja nie wiem, co chcę robić ze swoim życiem.
Można się nad Melonem litować. Można go lubić, bo jest gapowaty i wzbudza lekki odruch zażenowania. Ale to straszny męczybuła. Siedzi w naszej kuchni, z tą przekrzywioną idiotycznie czapeczka na głowie wygląda jak Bart Simpson.
- Serca, dziękuję wam jeszcze raz za pracę.
- Nie dziękuj, jeszcze tam nie byliśmy – tonuję go nakładając parówki.
- Wiem, serca, ale potrzebuję pracy. Każdy gorsz się liczy…
Spoglądam na Wiktora ponad głową Melona i robię oczy basseta, ruszając powoli szczękami. Wiktor parska śmiechem.
- Co, serca?
- A nic, coś mi się przypomniało – Wiktor hamuje śmiech.
Patrzę na Melona i nie mogę opanować politowania. „Boże, nie chcę być taki żałosny” – myślę, choć zaraz karcę się za tę myśl. 33 lata. Elektryk. Boi się prądu i dziękuje za pracę, której nie dostał. Jeśli za osiem lat będę w takim punkcie życia, skoczę do Krynicy. Albo nie, z Tower Bridge, przynajmniej efektownie zginę.

london-is-calling 2007-05-29 13:23:16
skomentuj (16)
Mat / Ministry od Sound, czyli setki roztańczonych kurewek
One tańczą na barze i leją sobie WKD na cycki. Nie, to nie burdel, to angielska dyskoteka. Ja patrzę. A Mały, jego brat, Wiktor i Kaprawy zataczają spirale. W ich oczach jest szaleństwo.

Impreza dla nas to luksus. Co tu dużo gadać, gdybym miał pójść na dobrą imprezę, potrzebowałbym z 300 funtów. Czasem nie zarabiam tyle tygodniowo. Wiktor mówi, że to wynika z nieumiejętności fokusowania się. Czego?
Rozdrabniam się, to fakt. Myślę o tym patrząc z balkonu na rozbawionych, bogatch, dobrze ubranych Anglików. Na "excellent girls", choć wyglądają jak "exclusive call girls". Jak tańczą na barze, jak kręcą się, jak wiercą oczkami, jak biorą pod rękę kolejnych zalanych frajerów, jak za drinka uśmiechają się, ale to nie jest obietnica seksu w tempie TGV.
Myślę o minionym dniu, ciężki, jak każdy tutaj. Miałem studiować zawiłości języka, a zapierdalam z XVII-wiecznym dębowym, 100-kilogramowym stołem na plecach, za parę banknotów. Za chwilę znów wracam do college’u, ale brakuje mi forsy. I tak miotam się. Jest jeszcze praca w synagodze, ale za wypłatę nie da się żyć. Poza tym oni są tacy „correct”. Nie pozwalają mi pracować w nadgodzinach. Tylko tyle, ile pozwala part-time. Godzina dobrze płatna – 6,25 funta, tyle że zablokowane inne możliwości pracy.
Dziś powiedziałem w synagodze, że odchodzę. Że tak dłużej nie mogę. Że albo pójdę na budowę pracować nielegalnie, albo zdechnę z głodu. No – może nie ma co popadać w skrajności. Po prostu wrócę do Polski i powiem: - Witaj tato, jednak miałeś rację. Odpalaj auto, jedziemy do urzędu, o ile łaskawie masz jeszcze dla mnie tę robotę marzeń…
Frances, księgowa z synagogi załamuje ręce, kiedy mówię jej o chęci zrezygnowania z pracy. – To nie możliwe! Mogę ci pożyczyć. Ile chcesz?
- Będę musiał pani oddać. To nie jest możliwe – odpowiadam.
Frances prosi, bym wrócił do obowiązków, a porozmawiamy później. Po godzinie woła mnie na górę. Wciska mi kopertę i mówi: - Nie musisz oddawać, jesteś nam tu potrzebny.
Liczę dopiero w domu. Jest tam 200 funtów. Dzwonię do Wiktora. Wiktor cieszy się ze mną i zazdrości mi. Nie winię go za to, czułbym się tak samo. 200 funtów to dużo. Zwłaszcza teraz, kiedy wpadł Puchacz.
Lecz w muzycznym piekle Ministry of Sound 200 funtów to jak parsknięcie śmiechem. Ja dwieście funtów tym dziwkom nie chce się nawet podnieść kącików ust. Stawiam piwo za 30 złotych na stoliku, i nic nie mówiąc Małemu, Wiktorowi i Puchaczowi, wychodzę. Autobus przebija się przez światła miasta, wioząc mnie do domu. Lecz to nie jest mój dom.

london-is-calling 2007-04-16 22:12:55
skomentuj (22)
Mat / Puchacz – weekend is landing
Dziś przyleciał do nas Puchacz. Na chwilę, bo z Londynu wyrusza do Kanady. A stamtąd do Stanów, do Chicago. Na zawsze. Strasznie mi przykro.

- Ojej, stary, jest kilka sposobów – w kuchni Puchacz przekonuje mnie, że wypad z Toronto do Chicago, na stałe, to jak jazda z Dąbrowy Górniczej do Częstochowy. – Stary, możesz jak Meksyki, na pace ciężarówki, albo przez rzekę Św. Wawrzyńca, o tak – Puchacz wstaje i podnosi ręce, jakby niósł w górze wirtualne ubrania.
- Ale ty jesteś niski, utonąłbyś – szukam zdrowego rozsądku.
- Myślisz, myślisz? Bo ja to na przykład nie wiem, czy straż graniczna nie strzela do takich gości – Puchacz mówi zupełnie poważnie.
Puchacza znam od dwóch lat. Kapitalny gość. Gdyby go nie było, trzeba byłoby go wymyślić. Powinien dożywotnio pobierać od państwa pensję, za umilanie ludziom czasu. Najbardziej pozytywna jednostka. Puchacz wygląda na gościa, który nie ma problemów.
Dzieciństwo spędził w USA. Chyba to nauczyło go luzu. A że uwielbiał kopcić dobry towar, rzadko wpadał w stany depresyjne. W Polsce najbardziej lubiłem, gdy dzwonił do mnie o jedenastej i mówił: - Stary (zawsze zaczynał zdanie od słowa „stary”, to pozostałość z college’u w Chicago). Stary, ludzie jeszcze śpią, a ja tyle ważnych spraw załatwiłem…
Oczywiście „ważne sprawy”, to było wypłacenie kasy z bankomatu i zrobienie przelewu za mieszkanie. Stary Puchacza siedział w USA, więc zawsze poratował go groszem.
Do ważnych spraw zaliczało się również kupienie płyty w Empiku. Puchacz miał ich chyba z tysiąc.
- Ssstary, ciotka mnie pyta, ciotka Wiesia, po co mi tyle płyt. A ja na to, że po prostu mnie to interesuje – zwykł mawiać Puchacz, poprawiając palcem wskazującym okulary. - Ojej, ta ciotka, pięćdziesiąt lat ma a jeździ żółtym seicento, stary. Jedziemy, ja i ciotka. Wiesz, jakie ona ma znajomości? Tylko z kutaska na kutaska przeskakuje, serio.
Dla Puchacza wizyta w McDonald’s, to także była ważna sprawa (- Stary, ale się nawpierdalałem, trzy bigi zjadłem. Ojej, chyba się nie ruszę).
Ależ u niego były imprezy. To dwupoziomowe mieszkanie aż trzęsło się w posadach. Gdy starzy Puchacza je sprzedali, aż chciało mi się płakać. To tam zawsze mówił: - Panowie, kawki, herbatki? Bo dwa razy nie będę chodził.
To tam zamawialiśmy pizzę i oglądaliśmy filmy, a na balkonie paliliśmy papierosy i rozmawialiśmy o życiu. Stamtąd ruszaliśmy w miasto. Tam kończyliśmy nocny balet. Tam przyjechałem powiedzieć chłopakom, że Magda Worska nie jest już moją dziewczyną, bo nie potrafię jej pokochać (Maks powiedział wtedy: - Chłopie, wziąłbym ja z pocałowaniem ręki…).
Wszystkie te chwile tańczyły mi przed oczami, gdy tak siedzieliśmy w kuchni na Ealing, słuchając The Roots.
I pomyślałem, że ludzie za łatwo odchodzą z naszego życia. I że wcale nie muszą od razu umierać, by zniknąć, nawet na zawsze. Ale na pocieszenie pomyślałem też, że czeka nas ostatni wspólny weekend. To musi być dobry weekend. Tak, abyśmy zawsze go pamiętali.

london-is-calling 2007-03-23 22:41:45
skomentuj (12)
Frank / Baran
Bił was? – zapytał Indianin, gdy wróciliśmy do windy. – Nie – odparłem spokojnie spod kołdry. Nie wiem, czemu się pod nią schowałem, przecież było ciemno.
Nawet nie wiem, kiedy wróciliśmy do mojego pokoju.


Nie bił, o nie. To nie byłoby w jego stylu. To byłoby za proste. On przewidział dla nas repertuar bardziej wyrachowanych gier i zabaw. On się z nami bawił. Takie niewinne igraszki. Psycho testy – kto jest twardy, a kto miękki. Najsłabsze ogniwo musi odpaść.
Baran miał 42 lata. Nauczycielem został za karę, tak mniemam po latach. Pamiętam, że miał zawsze dwie rubryki na oceny z matematyki. Lubił, kiedy okienka wypełniał las niedostatecznych. Uwielbiał w zasadzie dwa słowa – „niedostateczny” i „wtenczas”. Zwłaszcza to drugie było bezsensowne.
- Czułem to. Czułem nienawiść do was. Jak on mógł być pedagogiem? – Indianin po raz pierwszy przemówił do mnie pełnym zdaniem. Patrzyłem chwilę zaskoczony, ale ciemności mojego pokoju wszystko przesłaniały. Nie odpowiedziałem, w głowie kłębiło się tysiąc myśli.
Baran mieszkał z rodzicami w starej kamienicy, której jego starzy byli właścicielami. Za każdym razem, gdy oglądam jakiś film, w którym czarny charakter jest psychopatą, wyobrażam sobie Barana.
- To co on ci zrobił? – Indianin był wyraźnie poirytowany.
- Pewnie myślisz, że nic, prawda? – zapytałem zupełnie spokojnie. – Mylisz się mój zmyślony kolego.
- Nie jestem zmyślony, istnieję naprawdę, przecież rozmawiamy, tak? – wycedził i zaciągnął się fajką.
- Rozmawiamy. Ale ja nie chcę rozmowy, chcę wysłuchania, niczego więcej.
Indianin mrugnął oczami w ciemnościach.
- Baran był zwykłym pedałem. Nie gejem, pederastą, takim tanim. Geje to są teraz. A on był pedałem i pedofilem. Przecież nie mieliśmy szesnastu lat. Balansował po cienkiej granicy. Składał propozycje, badał grunt. Nigdy niczego nie robił wprost. W matematyce jest taki dowód – nie wprost. I on to przekładał na prawdziwe życie.
Wiesz, że zima jeździliśmy w góry na obozy matematyczne? On nam robił kartkówki – trzy i dawał z nich jedna ocenę, za sumę punktów. Manipulował tą punktacją. Na morderczych spacerach na Czantorię, pytał, czy ci, którym brakuje do miernego trzech punktów rozbiorą się do naga i wykąpią w śniegu. Jakież było moje zdziwienie, gdy rozbierali się!
Płakałem w poduszkę, ale nic nie pomagało. Pamiętam, że na jednej z wycieczek zatruliśmy się starymi batonikami. Baran biegał po pokojach i dawał nam lekarstwa. Kazał mi pić wodę z solą. Gdy zebrało mi się na wymioty, stanął w progu łazienki i powiedział: - Wymiotuj, a ja złapię cię z brzuch i będę naciskał.
- Spierdalaj – odparłem. Wiedziałem już, że nie będę miał piątki z matematyki.

london-is-calling 2007-03-20 00:56:02
skomentuj (3)
Frank / Matematykoland
Stęchłe powietrze, odór lizolu, którym ktoś umył korytarz i czekanie na najgorsze. Najpierw dźwięk kluczy, które dzwoniły z daleka – jeden o drugi – dzyń, dzyń. Stukot kroków kata, klucz przekręcający się w zamku. Smak strachu w ustach.

Trwało to ułamki sekund. Indianin ani razu się nie uśmiechnął. Winda otworzyła się z łoskotem. Coś zaskrzypiało i wysiedliśmy. Znałem to miejsce dokładnie.
Zobaczyłem trzydzieści szesnastoletnich twarzy. Gdzieś, w trzecim rzędzie siedziałem ja, poznałem się od razu, zresztą – trudno, żeby było inaczej. Po chwili chwyciłem za klamkę, ale drzwi były zamknięte. Indianin szarpnął mnie za ramię i kazał patrzyć na siebie, jakby podstawił mi lustro. Potem uśmiechnął się i pokazał palcem tamtego mnie.
Przeszedłem między rzędami ławek i usiadłem obok siebie. Miałem wrażenie, że zlewam się z tym szesnastoletnim chłopcem. Tak byliśmy całością. Tylko tak mogłem znów to poczuć…
Cyk, cyk, cyk… - tykanie mojego zegarka zdawało się przeszywać na wskroś powietrze. Zawsze w tej złowrogiej ciszy czekałem na koniec. Na dźwięk pierwszej głoski. Żeby to było już. Żeby mieć to za sobą. Żeby nie ja.
W ustach miałem dziwny, metaliczny posmak. Kwaśny, w niczym nie przypominający już świeżego chleba i marmolady, ani kakao ze śniadania. Wszystko zwróciłem. Wysiadłem z autobusu, rzuciłem się jednym susem i rzygałem za przystankiem ponad trzydzieści sekund. Pomogło.
W sali numer 80. było duszno. Zawsze. Miałem wrażenie, że ciepło nie płynie z zewnątrz. To bicie naszych serc wytwarzało rodzaj aury, którą trudno nawet opisać.
Wzrok utkwiłem w czterech przyciskach, koloru czerwonego, wystających z pogiętej blachy. Mityczne urządzenie do wybierania odpowiedzi: A, B, C, D.
Chodził i patrzył na nas wzrokiem, jakim kat wyławia ofiarę. W sweterku z tureckiego bazaru. Jego oczka wydawały się zza szkieł okularów małe jak rodzynki. To zabawne, przez chwilę pomyślałem, że wygląda jak mysz.
Odpalił papierosa. Nie wolno było tego robić, ale wszelkie zakazy miał za nic. Wiedział, że i tak żadne z nas nie zgłosi sprzeciwu. Cisza ciągnęła się w nieskończoność. Nie chciałem wykonać żadnego ruchu, nawet w myślach. Ruszył w kierunku podestu obitego płytą paździerzową. Osunął się niedbale na krzesło. Otworzył dziennik i zaczął wzrokiem wodzić – od góry do dołu, od dołu do góry, jakby studiował dekret państwowy najwyższej wagi.
Pipi, pipi, pipi, pipi – dźwięk przeciął powietrze jak samolot ponaddźwiękowy, ale to nie był odgłos, na który czekaliśmy. Wstał, zmarszczył brwi w agonii gniewu, wyprostował się w wystudiowanej pozie grozy i zatrzasnął skrzydła dziennika. Uniósł go na wysokość ramion i huknął nim o blat biurka. Trzydzieści par oczu zatopiło się w guzikach. Wyszedł. Nie wiedzieliśmy, co zrobić. Każdy zastygł tak jakby powietrze stało się zbyt gęste do wykonywania ruchów.

london-is-calling 2007-03-15 23:26:41
skomentuj (1)
Frank / 16. piętro
Przez rok, co wieczór wyciągaliśmy z Indianinem drzazgi z przeszłości. Niektóre były tylko lekko wbite, inne weszły głęboko pod skórę, przez lata przenikały mnie i krążyły w mojej krwi, jak patyki wrzucone do rzeki.

Przywykłem do tego, że Stary Indianin przychodził, zazwyczaj przed północą. Nie było płynnej granicy, momentu, w którym mogłem powiedzieć: o, właśnie teraz otworzył drzwi i usiadł.
Nie mógłbym uchwycić tej chwili aparatem fotograficznym. Niekiedy odwracałem tylko głowę w stronę czeluści pokoju, a on już siedział i palił fajkę.
Pewnego dnia, wyjątkowo wcześnie się pojawił. Pokazał na ścianę i wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk. Wcześniej wiele razy namawiał mnie do przejażdżki windą, ale bałem się, jak cholera. Bałem się jak kosmonauta, który leci w nieznane. Bałem się, że pojedziemy windą, a ja nie wrócę, bo ona wywiezie mnie za granice zdrowego rozsądku. Bałem się lotu na planetę Szaleństwo.
Ale to był jeden z takich wieczorów, kiedy wszystko staje się obojętne. Cały dzień miałem okropne duszności, targały mną konwulsje i – chyba po raz pierwszy w życiu – pomyślałem, że zupełnie mi obojętne, czy żyję. Dlatego wsiadłem do windy.
Indianin stanął przede mną w śmiesznej pozie, skrzyżował ręce na piersiach, a potem palcem wskazującym pokazał w powietrzu odcinek – od góry do dołu. Jakby chciał zapytać: które piętro?
Pięter było 25. Dziwnym zrządzeniem losu, ale nie dziwiło mnie to. Znałem ten manewr, bo czasem pani Nina (o niej innym razem) wprowadzała mnie w stan hipnozy. W nim też wędrowałem w dół. Nigdy w górę. Ale jej nie udało się nawet zbliżyć do stanu, jaki wywoływały u mnie wizyty Indianina.
Nie wiem, czemu (a może właśnie dokładnie wiem), wcisnąłem numer 16.

london-is-calling 2007-03-14 12:45:01
skomentuj (4)
story about...
PIĘĆ PIĘTER SAMOTNOŚCI zasysa, pochłania, zaskakuje - na końcu i tak zawsze jest samotność

KONKURS
http://www.blogroku.pl/london-is-calling,gv7iz,blog.html

Foto
...everyday shooting...

kobiety błyskotliwe
MANIPULACJA

absurd
NUDNE POCZTÓWKI

najlepsze historie
SZEPTY MIASTA W Twoim mieście, nawet gdy szepczesz, ktoś słucha